Jóźwiak: czuję się znakomicie
Szablistka AZS Poznań od dobrych paru lat pnie się w górę w hierarchii tej konkurencji. Ma już na koncie m.in. mistrzostwo i wicemistrzostwo Europy w drużynie, a także „brąz” MŚ w rywalizacji indywidualnej. W sobotę Bogna Jóźwiak - obok Aleksandry Sochy i Ireny Więckowskiej - będzie jedną z pierwszych naszych reprezentantek, która powalczy o dobre otwarcie pekińskich igrzysk dla ekipy biało-czerwonych.
Świadomość tych kilkunastu milionów kibiców w Polsce, ściskających kciuki za mistrzynie Europy, nie paraliżuje?
Wiemy, że te oczekiwania zostały przez media rozbudzone, choć wcale nie mówię, że… to źle i że dziennikarze winni są naszym stresom. My po prostu staramy się być obok tego. Skupiamy się na walkach, na pilnowaniu każdego trafienia, a efekty przyjdą same. Studzimy w sobie apetyty na medale. W turnieju drużynowym mamy pierwszy mecz z Chinkami, a wiadomo, jak się walczy z gospodarzami… Mnie się natomiast marzy takie otwarcie, jak podczas ubiegłorocznych MŚ w St. Petersburgu. Tam pierwszego dnia zdobyłam medal indywidualnie. Jak widać, nie czuję specjalnej presji z powodu inaugurowania startu Polaków na tej olimpiadzie.
Jak z aklimatyzacją…
Nie było z tym większego problemu. Startowałyśmy już w Chinach, choć akurat w Pekinie jestem po raz pierwszy. Co prawda wychodzenie na dwór nie jest szczególnie wielką przyjemnością - odczuliśmy to zaraz po przyjeździe, gdy smog i zanieczyszczenie powietrza dawały się we znaki, ale już ostatnie dwa dni nie były wcale takie złe. Po drugie zaś - przebywamy głównie w klimatyzowanych pomieszczeniach. Współczuję natomiast chodziarzom, kolarzom czy maratończykom - tym wszystkim, którzy kilka godzin spędzą, startując na otwartym powietrzu.
Podobno wioska olimpijska oferuje kobietom wszystko, co niezbędne na co dzień: salon kosmetyczny, fryzjerski. Korzystała i pani, w ramach relaksu po treningu?
Koleżanki korzystały. Ja „oddycham” nieco inaczej. Jakieś roztruchtanie, wizyta w sali fitness… Do fryzjera na razie się nie wybieram, bo chyba nie ma takiej potrzeby, prawda?
Prawda. Wygląda pani znakomicie!
I tak też się czuję. W ogóle - pomijając już dyspozycję sportową - jestem zachwycona atmosferą tu panującą. To są moje pierwsze igrzyska, fantastycznie czuć ten wielki optymizm panujący w wiosce. Ja wiem: zawody się jeszcze nie rozpoczęły, więc i nie ma wielkich przegranych. Być może z upływem czasu będzie się to zmieniać, ale na razie to wspólne przekonanie: „będzie dobrze” robi zdecydowanie największe wrażenie.
Jak jedzenie w wiosce olimpijskiej?
Jest fantastyczne, a wybór jest pełny. Oczywiście możemy jeść, ale nie wszystko i nie w dowolnych ilościach. Na pewno są wyśmienite warzywa w różnych postaciach, które można jeść w dowolnej ilości. Zresztą w szermierce nie musimy się jakoś specjalnie ograniczać, jeśli chodzi o wagę. Nie zazdroszczę bokserom, zapaśnikom czy dżudokom, którzy muszą o nią dbać.
Jest pani w tym szermierczym światku jedną z najwyższych zawodniczek. To pomaga?
Warunki fizyczne w naszej dyscyplinie nie mają aż tak wielkiego znaczenia. Albo inaczej - wysoki wzrost ma swoje plusy, ale ma i minusy. Duży zasięg ramion czasem się przydaje, z drugiej strony - większe jest pole trafień dla przeciwniczki (śmiech). Co ciekawe natomiast - wyższe ode mnie są tu na planszach przede wszystkim Chinki. A przecież ten naród nie uchodzi za szczególnie rosły.
Dariusz Leśnikowski z Pekinu / “Sport”
(Sport)